Kubeczki menstruacyjne, plastikowe podpaski i toksyczne tampony

4.5
(2)

Ten post jest uzupełnieniem poprzedniego wywodu o krwi miesiączkowej. Niewykluczone, że walnę o tym całą trylogię. Wychodzi mi to dość chaotycznie, ale starałam się zachować jakąś konsystencję i nie zmieniać tego w tradycyjny strumień świadomości.

Wpychanie sobie w pochwę materiałów toksycznych, czyli o tamponach słów kilka:

Podpaski i tampony są produkowane ze śmieci.
Makulatura zostaje przemielona na pulpę, pulpa zostaje namoczona w paru różnych substancjach, wybielona, a ostatecznie trafia do sklepów w formie “środków opatrunkowych”, które tak naprawdę wcale nimi nie są. Nie są sterylne, nie są jałowe. Nie można nawet powiedzieć, że są ekologiczne, bo jakkolwiek recykling jest lepszy dla środowiska niż produkowanie nowych porcji śmieci, tak nasączona odkażającymi substancjami pulpa już nie tak bardzo.
Fakt, że nikt tego nie obiecuje, ale producenci robią, co mogą żeby utrzymać możliwie jak największą liczbę potencjalnych klientek, że tak jest.

Robią tak, bo to działa. Niestety działa. I – niestety – nie na zasadzie “no, nie są to może produkty najwyższej jakości i nie są w pełni bezpieczne, ale są w miarę tanie, średnio wygodne i łatwo dostępne, więc kto chce niech korzysta“.
To wałkowane w kółko w super estetycznych reklamach, w których żadna kobieta nie czuje się źle, nie jest obolała, opuchnięta, nie wygląda jak pół dupy zza krzaka i nie ma bad-hair-deja-vu, krwawią estetyczną, nieobfitą niebieską oranżadą, która wylewa się ze szklanki i skoro tylko wcisną sobie między nogi najnowsze, rumiankowe cudo, poczują się czysto i świeżo.
Z jednej strony – no cóż; takie są za przeproszeniem prawa reklamy, że atakuje się człowieka wizjami idealnego życia, które będzie miał, jeśli tylko kupi nowy super produkt do siekania bananów. Z drugiej strony… kupisz bananową gilotynę, przekonasz się, że jest tępa a jej mycie zajmuje więcej czasu niż skrojenie trzech bananów zwykłym nożem, więc pogrążasz się w nieutulonym żalu po bezmyślnie wydanych dwóch dychach, a produkty higieny intymnej kupujesz, bo wciąż ich potrzebujesz, nawet jeśli działają gorzej niż bananowa szatkownica i kosztują znacznie więcej.

Dwa-trzy lata temu ktoś poczynił to odkrycie i internet (przez moment) poszalał w zgrozie.

Szybko mu minęło i wszystko wróciło do poprzedniego stanu – ale wcześniej pokazało, że kobiety wcale nie wiedzą, czego właściwie używają.

Na tyle na ile się orientuję, stężenia dioksyn i innych szkodliwych substancji w tamponach i podpaskach nie są wysokie.
Nie są też obojętne dla organizmu, który ma ograniczone możliwości radzenia sobie z toksycznymi substancjami.
Fakt, że toksyczne substancje są (prawie) wszędzie – ale twierdzenie, że w związku z tym można to spokojnie olać… równie dobrze można twierdzić, że bez względu na to, czy dokręcimy kapiący kran przed wyjazdem na wakacje czy nie, woda w zatkanym zlewie i tak się nie przeleje – ale to będzie nieprawda.
Wiele rzeczy ma znaczenie i nie ma potrzeby unikania WSZYSTKICH potencjalnie niebezpiecznych substancji (co jest niemożliwe), a świadoma rezygnacja z kilku zbędnych źródeł toksyn tworzy różnicę między rakiem i brakiem raka w perspektywie kilku lat.

A czy podpaski i tampony są zbędne?
Dla niektórych tak, dla innych nie.

Na rynku pojawiło się sporo alternatywnych rozwiązań, które cieszą się zainteresowaniem mimo ograniczonej dostępności, więc pokusiłabym się o stwierdzenie, że ta pierwsza grupa jest całkiem liczna.

Mam mieszane uczucia wobec kubeczków menstruacyjnych.

Mieszankę tę tworzy niechęć i obojętność – nie mam ochoty na wciskanie sobie w pochwę gumowych korków, ale natknęłam się na wypowiedzi na ich temat wiele razy, więc…

Byłam wstępnie zaintrygowana koncepcją kubeczków menstruacyjnych, które wyobrażałam sobie… w żaden konkretny sposób. Słyszałam o nich to tu to tam, widziałam, że są wspominane w dyskusjach, ale nie byłam nimi zainteresowana na tyle, żeby sprawdzić jak to wygląda i ile kosztuje.

Potem je ujrzałam, moja awersja wzrosła, bo spodziewałam się raczej czegoś co bardziej przypominałoby “kubeczek” niż ogromny lejek wielkości filiżanki espresso.

W końcu postanowiłam zgłębić temat – i ło matko święta.

Obejrzawszy filmik na którym producent chwalił się swoją działalnością dobroczynną w Afrykańskich wioskach, gdzie – żerując na tym, że kobiet nie stać na podpaski, a i ze zdobyciem jakichkolwiek substytutów produktów higieny osobistej jest spory kłopot – przeprowadzają sobie darmowe badania kliniczne na (z jakichś tajemniczych powodów wyłącznie MŁODYCH kobietach – mimo, że z tym samym problemem borykają się wszystkie, to jednak postanowili łaskawie wesprzeć akurat te, które odpowiadają profilowi ich standardowych klientek w krajach, w których kobiety stać na ich wynalazki) miejscowych dziewczynach, którymi nikt się nikt się nie przejmie i których nikt nie wysłucha jeśli za parę lat okaże się, że zapadają na raka szyjki macicy 10.000% razy częściej niż te, które korzystały z usług szmaty.

Różne ściemy jestem w stanie łyknąć, ale nie to, że koncerny prowadzą działalność charytatywną bez śmierdzących podtekstów. A informacji o tym, jak wielogodzinna obecność silikonowego korka, uciskającego na pochwę od wewnątrz w perspektywie kilku lat stosowania brak – im szybciej porachują afrykańskie trupy, tym szybciej wprowadzą super innowacyjne zmiany, które uchronią ich przed pozwem złożonym przez nieco istotniejsze, europejskie i amerykańskie pochwy.

Poza tym… litości. Trafiłam na ten materiał, bo wlazłam na stronę producenta.
Dobrych kilkanaście minut materiału z wypowiedziami dziewcząt zachwalających ich łaskawość, indie mjuzik w tle, jakieś wirujące gwiazdeczki, tęcza, kilkukrotne przypomnienie nazwy firmy, która ma tak szlachetne intencje i link do sklepu w którym można zamawiać online ich kubki za ciężkie pieniądze.
Nikt z choć umiarkowanie nieśmierdzącymi intencjami nie zrobiłby czegoś takiego. A to pieczenie kilku prosiąt w jednym ognisku: Afrykanki sprawdzą skutki uboczne na sobie, a reszta kupi więcej tego badziewia, pokrzepiając się myślą, że dają kasę firmie, która prowadzi działalność charytatywną – poobciera je, pougniata, to większość nie będzie z nich korzystać regularnie: nie doznają tylu skutków ubocznych… a nawet jeśli, to nie zdołają ich połączyć z przyczyną… a nawet jeśli połączą, to niczego nie udowodnią, bo przecież nie będą miały dostępu do danych o tym, jak to wpływa na zdrowie na dłuższą metę.

Taaa… pochwa jest elastyczna, ale silikonowe kubeczki też. I nie wypadają, bo napierają na ścianki. Gapiąc się na cudze rozciągane uszy zauważyłam ciekawą zależność między obumieraniem tkanek a pakowaniem w nie silikonowych tuneli, które przy włożeniu są trochę większe niż otwór w uchu i trzymają je w ciągłym naprężeniu.
Taaa… pochwa nie płatek ucha. Gorzej nawet.

Nie wiem, czy kubeczki menstruacyjne są bezpieczne.

Może są. Może nie są. Logika podpowiada mi, że niespecjalnie, ale mogę się mylić. Nie mam aż tak wielkiego doświadczenia z wkładaniem sobie w pochwę napierających na ścianki silikonowych przedmiotów i trzymaniu ich tam przez wiele godzin, żeby czuć się na siłach i ekspercić w tym temacie, ale po obejrzeniu tego dziwacznego materiału jestem na nie.

Ekstatyczne debaty na ich temat, wypełnione barwnymi opowieściami o cudownych właściwościach i niezwykłej praktyczności SĄ silnie toksyczne.

Ok, temat jest jaki jest, ale żyjąc w przekonaniu, że mam dość wysoki próg zniesmaczenia wychodzę z nich zniesmaczona. Za każdym razem.
Mam wrażenie, że połowa dyskutujących to barterowe lub opłacone klaki zachwalające produkty, które są bardzo dobre, fajne oraz wspaniałe, a druga połowa to jakaś banda nakręconych na gadanie o wydzielinach onanistów, udających kobiety i robi mi się przykro na myśl o tym, że jacyś prawdziwi ludzie mogą je podczytywać.

Może to znowu tylko moje wrażenie, ale narzekanie na bolesną menstruację to praktycznie moja pasja jest. Korzystam z okazji do biadolenia dyskusji praktycznie przy każdym cyklu i patrząc z perspektywy czasu mogło mi się udać zniesmaczyć parę osób i pohańbić co najmniej kilka rodzin (zwłaszcza kiedy napadałam z tymi jękami kilku nieszczęsnych Arabów, którzy czego jak czego, ale rozpraw na temat tego, że brzuch mnie boli się raczej nie spodziewali), ale nigdy nawet się nie zbliżyłam do poziomu żarliwych, facebookowych rozpraw o wydzielinach – nawet kiedy moi rozmówcy wyrażali pewną chęć kontynuowania tematu.

Może… może… może… – MOŻE to tylko kwestia granic mojej pruderii, które stoją trochę dalej niż u niektórych, a znacznie kuśwa bliżej niż u jeszcze innych, ale dziesiątki komentarzy pod postem dziwnego osobnika, dumającego nad tym, jak przedstawić super kubeczki menstruacyjne kilkuletniemu dziecku, które “już” za parę lat zacznie miesiączkować, wzbogacone gorącą debatą nad tym, czy stosownym jest fizycznie pomóc dziewczynce w aplikacji tegoż kiedy już zacznie miesiączkować sprawiły, że miałam ochotę dzwonić po policję, miast odetchnąć z ulgą, że oto na własne oczy widzę jak kruszeje menstruacyjne tabu.

Tabu srabu, to wyglądało jak zlot pedofili i kobiet na tyle ślepych, że chętnie wystawiłyby swoje córki i nieletnie siostry jakimś degeneratom skoro tylko usłyszałyby jakiś dobry pretekst, uzasadniający chęć pogmerania w ich waginach.

Ale nie – takie lepkie świństwa nie są skutkiem ubocznym naruszania “intymności” i kalania tabu, tylko jego szkodliwym powidokiem i skutkiem ubocznym.

Ludzie (jeśli w ogóle jacyś tam byli, poza zboczeńcami i erotomanami) mierzący się ze swoim wstydem i przełamujący barierę “nie wypada” mają skłonność do składania wszystkich negatywnych “przeczuć” na karb tego wstydu, w związku z czym bardzo łatwo zlekceważyć pierwsze symptomy obleśności i zacząć sobie wmawiać, że och, ta osoba pewnie jest JESZCZE BARDZIEJ otwarta na dyskusje o intymnych tematach.
A już bez przesady. Nikt przy zdrowych zmysłach nie jest na tyle “otwarty”, żeby rozważać wpychanie kubeczków dojrzewającym dziewczynkom, nawet ludzie, którzy non stop latają sobie w domu na golasa, bo ubrania ich ograniczają i coś tam, coś tam, bo to już naruszanie nietykalności.

Kolejnym – choć już nie tak przerażającym aspektem dyskusji o środkach higieny intymnej jest silniejsze niż gdziekolwiek indziej poczucie, że się pozżerało wszystkie rozumy.

Oczywiście pojawia się wszędzie – słabsze lub silniejsze, mniej lub bardziej zawzięte: nic specjalnego, wielu ludzi się tak zachowuje i chyba wszyscy mają ku temu skłonności (bo przecież każdy chce brzmieć mądrze i mieć poczucie, że inni wiedzą, że ma/miał rację), ale jeśli w grę wchodzi cokolwiek, związanego z higieną osobistą, zaczyna się prawdziwy szał.

Kłótnie o imigrantów, homoseksualistów, aborcję, religię i polityków RAZEM WZIĘTE nie budzą w ludziach takiej pasji i zawziętości, jak higiena osobista. Podeprzeć swoje racje solidnymi argumentami w dyskusji na któryś z tych tematów to jak czwórka w totka: miło, ale to nie jest coś, od czego zawirowałby Świat, a z nieba spadł deszcz brokatu i konfetti.
Za to konkurs o puchar dla najlepiej domytej baby w regionie – o boziu, za takie honory można by iść na wojnę bez chwili certolenia. Szał jakiś.

A ja to się normalnie dziesięć razy dziennie podmywam jak mam okres. I chusteczek nawilżanych używam w przerwach. Wieczorem robię sobie irygację wrzątkiem, a o poranku cała włażę do autoklawu, który sobie kupiłam właśnie na taką okoliczność. Mam taki patent, że wkładam tampon do kubeczka, pcham to sobie w pochwę, a potem jeszcze podklejam majtki kilkoma podpaskami, bo to bardzo wygodne – wystarczy odkleić wierzchnią po wizycie w łazience. Taki ze mnie czyścioszek!
Aaaa! Zapomniałabym o najważniejszym! Każdy, kto nie robi tak jak ja to syfiarz. 

PRZEBIJAM piętnastoma myciami dziennie i dwiema sesjami w autoklawie. Tarzam się w antyseptykach i płuczę w acetonie.

Niby nic takiego – ot, kolejny pretekst, żeby zaobserwować, jak coś dziwnego rzuca się ludziom na głowę.

Niby nic, niby nic – ale te najbardziej domyte panie zachowują się jak diabeł, polany święconą wodą skoro tylko usłyszą o wielorazowych podpaskach.
Z tego co zauważyłam to w dużej mierze ta sama grupa, która lubi sobie pogadać o gównie i podrzucać je rozmówcom w różnych zaskakujących momentach.

Technicznie to mordęga:

  • samodzielne ich uszycie jest wyzwaniem dla osoby, która na co dzień nie korzysta z maszyny a szycie ręczne trwa wieki;
  • znalezienie osoby, która się tym zajmuje wcale nie jest takie łatwe;
  • cena za produkt wysokiej jakości jest – jak przystało na produkt wysokiej jakości…
  • ręczne pranie po użyciu każdej kolejnej to jak powrót do XIX wieku – męczące, frustrujące i trwa godzinami;
  • a odkładanie każdej kolejnej do namoczenia w miednicy przed nastawieniem pełnego prania… no cóż, jak się myśli o nastawieniu pralki po skończonej menstruacji z pełnym pakietem zużytych podpasek materiałowych, to w trosce o nie_stworzenie_tam_bomby_biologicznej trzeba im kilka razy wymienić wodę – co jest na tyle upierdliwe, że równie dobrze można je od razu wyprać i wrócić do poprzedniego punktu… a jeśli jednak się do niego nie wraca, trzeba mieć co najmniej 20 sztuk pod ręką.

Ale jednocześnie można:

  • osobiście skontrolować materiały, z których powstanie taka podpaska;
  • dobrać odpowiedni kształt do preferowanego fasonu bielizny;
  • nie namaczać, po prostu odkładać i puścić jedno pranie grupowe (nie moczę w nie wiadomo czym, a wszystko się dopiera w zwykłym trybie i 30° – zabijającą ewentualne bakterie wysoką temperaturę można zaaplikować później, żelazkiem, co zgodnie z moimi obliczeniami wychodzi znacznie taniej niż pranie w gorącej wodzie);
  • nie użerać się z żadnymi nieznanymi toksynami;
  • pokrzepić się względną ekologicznością tego rozwiązania i poczuć miłą bawełnę na dorocie.

Nie sądzę, by było to rozwiązanie dla każdego: skoro można szybciej, łatwiej i mniejszym wysiłkiem, to nie ma powodu, by aż tak się z tym użerać. Ale nie ma też żadnego powodu, żeby się wić jak na egzorcyzmach na samą myśl o tym: ostatecznie ubrania mają mnóstwo kontaktu z bakteriami i różnymi brudnymi rzeczami, a potem wszystkie lądują w praniu razem z majtkami, które zażywają tyle samo kontaktu z ciałem, co i podpaska.
Nie wiem, czy domyte panie prasują sobie bieliznę i piorą ją indywidualnie – bez towarzystwa skarpet i odzieży wierzchniej – ale jeśli nie, to argumenty o rzekomej niehigieniczności wielorazowych podpasek nie mają racji bytu… a jeśli tak, to tym bardziej, bo tak, jak można wyprasować majtki, tak i wielorazową podpaskę, która powinna być wykonana z naturalnych i prasowalnych włókien.

Nie wiem, kto wpadł na to, że najhigieniczniej jest czochrać się godzinami o tworzywa sztuczne, papierową pulpę chrzczoną dioksynami albo zatykać się silikonowym korkiem, i że to lepsze od kontaktu z bawełną np., ale to w najlepszym razie łatwo dostępne i wygodne, na pewno nie “lepsze” jako produkt.

☙✿❀❁❧

Kliknij na serduszka, jeśli chcesz ocenić post.

Średnia ocen: 4.5 / 5. Wyniki: 2

Wiatr hula... Nikt jeszcze nie ocenił tego posta. Link do FB jest na dole - to malutkie "f" na środku stopki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.