Baśń o niewinnym romansie Andrzeja Kopiczyńskiego

5
(1)

Czuję się w najwyższym stopniu oczarowana artykułem na temat “niewinnego romansu” Andrzeja Kopiczyńskiego. Niby nic wielkiego – ot, kolejny śmieciowy artykulik, stworzony przez anonimowego twórcę.

Logo pod tekstem pozwala na wysnucie przypuszczenia, że został napisany w_oparciu_o, lub w całości przedrukowany z pisma “Nostalgia” – które, podobnie jak cały serwis Interia należy do wydawnictwa Bauer. Czy w papierowym wydaniu pojawia się nazwisko autora, który jest na tyle nieistotny, że nie wymieniają go nawet z inicjału? Niestety nie wiem, a umieram z ciekawości – bo jeśli nie, to by znaczyło, że to żadna samowolka czy kwestia czyjegoś fantazyjnego światopoglądu, a dzieło copywritera, który dostał zlecenie na tekst o dokładnie takiej wymowie.

Muszę koniecznie zacząć częściej odwiedzać portale informacyjne. Robię to dość rzadko, klikam… i praktycznie za każdym razem już na samym froncie atakuje mnie jakiś smakołyk.

Tym razem było to:

“Miał rodzinę i stabilne życie. Niewinny romans zniszczył wszystko.”

Zabiło mi to ćwieka na dłuższą chwilę. Potem wrzuciłam to sobie na fp, żeby przypadkiem nie zgubić – zresztą takim skarbem, aż żal byłoby się nie podzielić.

Po paru godzinach wróciłam do tego artykułu i rozsmakowałam się w nim na nowo – w pierwszej chwili nie sądziłam, że może zawierać jeszcze większe bzdury niż ten nagłówek, ale – niespodzianka – SĄ.

Nie wiem wiele o Andrzeju Kopiczyńskim, ani jako o aktorze, ani jako o człowieku, ale ten artykuł jest tak bogaty w gówno, że nawet gdyby przedstawione sytuacje nie miały pełnego (albo i częściowego) pokrycia w faktach nie straciłby nic na swojej niesamowitości. Rozkoszując się więc samym tekstem…

Trudno przejść obojętnie wobec tego oksymoronu. “Niewinny romans” w kontekście człowieka, który ma rodzinę i RANI to jakiś ponury żart.

To się nie broni w żadną stronę – bo są dwie możliwości:

  1. Miał rodzinę i wszystko było cacy, ale nie był specjalnie przywiązany do małżonki i skoro tylko wyjechał na dłużej zaczął sobie wić nową rodzinę z inną kobietą, a potem planował to ciągnąć, dopóki nie stwierdził, z którą – za przeproszeniem – opcją będzie mu lepiej.
  2. Miał rodzinę i nie wszystko było cacy, ale póki nie poznał innej kobiety nie chciało mu się niczego zmieniać, bo było mu wygodnie – poznał, więc niespiesznie zwinął manatki i ułożył sobie życie na nowo.

Żadna z nich nie jest “niewinna”.
Nawet przy założeniu, że małżeństwo nie było szczęśliwe i w pewnym momencie “trzeba” było je zakończyć, to kończenie małżeństwa romansem – i to romansem TRWAJĄCYM jest jedną z obrzydliwszych możliwości. Nic w tym “niewinnego”. To nawet koło niewinności nie stało.

A pierwsza opcja? “Niewinna”? Dobre sobie.

Chyba, że przy założeniu, że “niewinny romans” od perfidnej zdrady odróżnia płeć zdradzającego palanta

(Bo “romansem” to mogło być ewentualnie dla pani, która była wolna i nie łamała żadnych obietnic, na pewno nie dla żonatego faceta, który przede wszystkim zdradzał, nie romansował).

I najwyraźniej tak jest, bo o ile oksymoron wywołał pewne poruszenie w komentarzach i trochę sprzeciwów, o tyle narracja, zdejmująca odpowiedzialność za zdradę ze zdradzającego i przerzucająca ją na kobietę z którą zdradzał… już nie. To zupełnie normalna sprawa.

W takich momentach zawsze się zastanawiam, czy coś mnie przypadkiem nie ominęło. Może ktoś zapomniał mnie zaprosić na uroczyste ślubowanie dozgonnej lojalności wobec innych kobiet? Gdzie to się odbyło? Jak wyglądało? Prawa ręka na sercu, lewa na macicy i

~ “Ślubuję wam miłość, wierność i lojalność, siostry, a jeśli kiedykolwiek wdam się w romans z zajętym facetem, to niech wszyscy wiedzą, że 99% odpowiedzialności za krzywdy, które on wyrządzi ponoszę ja, i niech na wieki przeklęta będę.”?

Może nie tylko mnie zabrakło? Może te wszystkie kobiety, które romansują również nie zostały zaproszone?

Cóż to za idiotyczna skłonność do degradowania mężczyzn do poziomu zagubionych, bezwolnych biedactw, które najpierw osaczane przez jakieś podłe baby dają się zmanipulować, omamić i zawlec do ołtarza, albo zmusić do zapewnień o miłości i szczerości… a potem wpadają w szpony kolejnych, pozbawionych skrupułów kobiet, które próbują ich wydrzeć poprzednim właścicielkom?
No bo przecież do tego się to sprowadza.

Przy założeniu, że mamy do czynienia z wolnymi ludźmi w pełni władz umysłowych, z choć bladym pojęciem o etyce – logicznym powinno być, że osoba, która świadomie przyczynia się do cudzej krzywdy nie jest nienaganna moralnie (czy to kochanka, czy osoba kupująca futro z norek, czy decydująca się na współpracę z firmą, która wykorzystuje pracowników), bo dokłada do niej swoją cegiełkę albo i ich cały wór, ale większą krzywdę wyrządza ten, kto krzywdzonemu obiecywał/deklarował/przysięgał coś, czym się aktualnie podciera, on te cegły zrzuca całymi kontenerami, ale jeśli jest mężczyzną, to ma znacznie większe szanse na to, że zostanie wybielony jako niemota, a jego partnerka w zdradzie zostanie zrównana z całym złem Świata tego.

“Nie mógł oprzeć się swej pięknej koleżance i szybko uległ nastrojowi chwili…”

“…Koledzy z niepokojem patrzyli na ten romans. Ale po powrocie do kraju aktor nieco oprzytomniał. Miotał się pomiędzy nowym zauroczeniem a uczuciem do żony, która wykazała się dużym opanowaniem i cierpliwością.”

Autor nieznany, Interia/Pomponik/Nostalgia

Skąd wiadomo, że nie mógł się oprzeć? Że to “piękna koleżanka” inicjowała, a nie on? Koledzy obserwowali ich 24/7? – nie wiem.
Ale o ile pierwsze zdanie jest głównie głupie, o tyle trzecie i czwarte są wręcz wyborne. Aż zaznaczę to sobie na grafie, bo bez tej konkluzji w życiu bym nie wpadła na taką interpretację.

To ona, ta wyrachowana żmija podła, która go omamiła… to wszystko ONA.

“Był pod jej bardzo silnym wpływem, więc wybór był oczywisty – mówi dobra znajoma aktora.”

Autor nieznany, Interia/Pomponik/Nostalgia

Może i omamiła. Może i.
Ciężko uwieść kogoś, kto nie chce być uwiedziony, ale nawet gdyby to zrobiła… a właściwie ZWŁASZCZA gdyby to zrobiła – ba, gdyby istniały przesłanki, że tak właśnie to wyglądało, a anonimowy autor głęboko wierzył, że tak właśnie było, napisałby to bardziej jednoznacznie.
A tu? Jednoznaczne są tylko jego lub jej kosmiczne przekonania.

Przytacza rzekomy cytat z “dobrej znajomej aktora“, która miała powiedzieć, że WYBÓR BYŁ OCZYWISTY… ale kawałek wcześniej pisze, że się MIOTAŁ, a żona miała okazję wykazać się CIERPLIWOŚCIĄ – co świadczy o tym, że ten stan trwał, niekrótko, a “wybór” albo nie był oczywisty, albo nie leżał w kręgu zainteresowań pana, któremu mógł w zupełności odpowiadać stan: żona w domu, ukochana na mieście.
To sprzeczne informacje. Jedno z drugim się nie krzyżuje. Nie ma czegoś takiego jak “oczywiste” wybory, nad którymi człowiek się miota, bo jak się miota, to dlatego, że NIE SĄ takie oczywiste.
Zresztą trwanie w zawieszeniu to też wybór – nierzadko świadczący o tym, że taki stan odpowiada komuś bardziej niż jakiekolwiek wybory.

A nienawiść i pogarda dla kobiet w narodzie niezłomna!

Mimo, że w artykule jak wół napisane, że aktor rozstał się z pierwszą żoną na długo przed poznaniem drugiej, którą zdradzał “niewinnym romansem”, pod spodem obowiązkowa porcja komentarzy o tym, że dopadła ją karma za to, że go jej odbiła i dostała za swoje.

Jej wieloletnia kariera teatralna nie ma najmniejszego znaczenia i nie wydaje się warta odnotowania – szukając informacji o jej rolach trafiam głównie na artykuły, w których jest wymieniana wyłącznie jako “była żona znanego aktora”. Jakby to była najważniejsza informacja o niej. Że czterdzieści lat temu została zdradzona i porzucona. Cudo.

Z kolei związek, który trwał 38 – podobno szczęśliwych lat – został nazwany “niewinnym romansem“, który “zniszczył stabilne życie“.
Jak dla mnie 38 lat razem brzmi całkiem stabilnie, ale może po prostu mam niższe standardy…

Jest tam jeszcze jeden szczególnie ujmujący fragment:

“Choć wcześniej sama poczuła smak zdrady, gdy jej mąż Daniel Olbrychski związał się z Marylą Rodowicz, nie zamierzała martwić się tym, że rozbija czyjeś małżeństwo.”

Autor nieznany, Interia/Pomponik/Nostalgia

To miałoby sens tylko przy założeniu, że obce kobiety winny być wobec siebie bardziej lojalne niż ludzie, którzy deklarują sobie miłość, wierność, uczciwość i co tam jeszcze. I że powinny myśleć o innych kobietach przede wszystkim wtedy, kiedy w grę wchodzą jakieś portki.

I że sam fakt bycia zdradzoną ma automatycznie budzić instynkt obronny wobec innych macic.
“Ja się nacierpiałam, było strasznie, nie chciałabym, żeby kogokolwiek to spotkało” – to nie naturalna kolej rzeczy. Znacznie częstsze jest:

a) ja się nacierpiałem i żyję, więc niech inni też cierpią,
b) ja się nacierpiałem i ledwo żyję, Świat jest do niczego, więc chociaż się zemszczę na innych za swoje krzywdy,
c) ktoś nie liczył się ze mną, więc ja zacznę liczyć się przede wszystkim ze sobą.

Szlachetne to nie jest (liczenie się przede wszystkim ze sobą), chwalebne też nie (może być, ale raczej nie w kontekście romansów z żonatymi… chociaż, jak się oczarowuje jakąś wybitną gnidę, po odejściu której żona przypomina sobie, jak się oddychało pełną piersią, to kto wie…) ale próby przerzucania odpowiedzialności na jakieś nieistniejące stowarzyszenie latających macic tym bardziej.

A jest przerzucanie, i nie dotyczy tylko pani, która rzekomo lub faktycznie uwiodła, bo ówczesna małżonka też obrywa równo.
Dała sobie odebrać chłopa, więc grzechem byłoby nie wspomnieć, że później już nie wyszła za mąż, a kompletną niedorzecznością napisać o niej przez pryzmat jej teatralnych osiągnięć i jej życia – nic to w zestawieniu z tym, że kiedyś była żoną “znanego aktora“. Warto było to poprawić paroma cytatami z tego, jak media zatroskane media rzuciły się na nią po śmieci ostatniej żony “znanego aktora“.
Ech, zmarnowała se kobitka szansę na odkupienie – skoro już nie była dość dobra, by ją kochał, chciał być z nią i nie upokarzał, to mogła chociaż cierpliwie czekać na szansę i rzucić się do pomocy w opiece nad niedomagającym byłym mężem po niemal pięćdziesięciu latach od brzydkiego porzucenia i olania ich dziecka. Jakiż to byłby cudowny nagłówek! Jaka piękna historia.
A tak? Tylko “wtajemniczeni” wiedzieli, dlaczego nie zajmuje się organizacją pogrzebu praktycznie obcego faceta…

Nie wspominając o tym, że w kontekście historii o tym, jak to kochający, nieszczęsny, omamiony i uwiedziony przez pozbawioną skrupułów babę gość najpierw wdał się w romans na wyjeździe a potem go kontynuował, trzymając małżonkę w niepewności czy w związku z tym zamierza ją porzucić, czy nie, i na którym dopiero ta kochanka “wymusiła” jakiekolwiek decyzje naprawdę można by sobie darować pojazd po pierwszej żonie i uwagi, że “nie radziła sobie z zazdrością”. Raczej mu nie urwało osobowości przy drugim małżeństwie (no chyba, że i pani Ewa omamiła nieszczęsnego) – to był ten sam człowiek, który parę lat później niespecjalnie się liczył z uczuciami małżonki, więc insynuowania (i to po tylu latach!), że jej zazdrość była przyczyną, a nie symptomem lub efektem rozpadu związku można by sobie darować.

Tzn. nie można, bo jeszcze by sobie ktoś pomyślał, że to nie tych bab wina, a “znany aktor” miał wpływ na to, co robi…

☙✿❀❁❧

Kliknij na serduszka, jeśli chcesz ocenić post.

Średnia ocen: 5 / 5. Wyniki: 1

Wiatr hula... Nikt jeszcze nie ocenił tego posta. Link do FB jest na dole - to malutkie "f" na środku stopki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.