Quo vadis blogine? II

4
(1)

Pisanie o przemocy seksualnej mnie wykańcza. Z reguły mam dość po pierwszym akapicie i zaczynam marzyć o skupieniu się na jakimś lekkim, potencjalnie zabawnym, ale te próby wychodzą mi jeszcze gorzej, bo praktycznie nie ma dnia, w którym nie natknęłabym się na coś, od czego opadają mi ręce. Na dodatek nie daje mi to spokoju, bo świadomość, że miałam to zrobić, że zaczęłam, próbowałam, ale z jakichś względów odpuściłam lub odłożyłam to na później wierci mi dziurę w brzuchu.

Liczba szkiców w wordpressie i ponapoczynanych plików w Wordzie znów przekroczyła stan alarmowy (tzn. punkt, w którym nie mam pojęcia, czy już o czymś pisałam – i jeśli tak, to czy jest sens tego szukać, bo może jednak już to skasowałam i zdecydowałam się zacząć od początku).
Kilkukrotnie przyłapałam się na próbie wstawienia odnośnika do wpisu, którego jeszcze nie skończyłam (albo nie opublikowałam – wrzesień upłynął pod znakiem problemów technicznych, przez które wszystko dodatkowo mi się przemieszało).
To irytujące, i aż woła o jakąś formę uporządkowania, ale kiedy zaczynam czytać i przypominam sobie, jak skrajnie dobijające jest to, co próbuję poruszać, to po raz kolejny mi się odechciewa.

Najlepszym „systemem” wydawało mi się przeplatanie wpisów o mniejszych i większych „głupotach” z tematami, które budzą we mnie pragnienie walenia głową o ścianę dopóty, dopóki nie będę w stanie jasno myśleć (nie, nie naprawdę – to taka poetyczna metafora; przeważnie) – ale to wygląda po prostu strasznie, kiedy na liście z ostatnimi wpisami ciężkie tematy przeplatają się z lekkimi. Jakbym miała dwubiegu nówkę zapieprzającą z prędkością rollercoastera.
Więc nie – nie będę tak robić.

Jak bym nie kombinowała, tak wiem – od początku doskonale wiem, że póki nie poruszę wszystkiego, co sobie założyłam (z odpowiednim wstępem), to poczucie niedokończenia mnie nie opuści.
Czy da mi spokój, jeśli kiedy już to zrobię – nie wiem; prawdopodobnie nie, ale i tak mam na to większe szanse „po” niż bez.

Zauważyłam, że znacznie lepiej i przyjemniej prowadzi mi się tego bloga ze świadomością niemal całkowitego braku czytelników. Co prawda codziennie parę osób wpada tutaj z wyszukiwarki, ale zdecydowanie nie znajdują tego, czego szukają, więc idą dalej.
Wprost idealne nastawienie zważywszy na moje (chyba już przeszłe) ambicje blogerskie.

Minęło zaledwie kilka miesięcy, a nie mogę uwierzyć, że marnowałam czas i energię na grupy blogowe.
Oni chcą być lubiani i wypadać sympatycznie, ja znajduję sobie problemy nawet na blogu kulinarnym; mnie lepiej bez nich, im lepiej beze mnie – idealna symbioza.
Nie potrafię patrzeć na świat z wrażliwością, która ułatwiłaby mi zapamiętanie, że każde neutralne zdanie może być odebrane jako zamach na życie, ambicje i marzenia tej nieszczęsnej blogerki, która nieświadomie zachęciła mnie do zabrania głosu; ani że na każdy syf wypada patrzeć przez różowe okulary, bo jak nie, to Apage Satanas!
Poza tym nadal nie wiem, z czego oni wszyscy czerpią ten hurroptymizm.

Ile minęło odkąd tam wpadłam i zaczęłam czytać blogi? – niecałe pół roku.
Nie licząc tych, które już wtedy miały setki lajków i obserwatorów pozostałe padają jak muchy, kasowane przez autorów i autorki rozczarowane i zawiedzione, że jednak nie zostały kolejną Maffashion. To smętne.

Chociaż… nie mogę z ręką na sercu powiedzieć, bym nie przeglądała z rozbawieniem tych wszystkich blogów, na których pojawił się niezwykle ambitny i obszerny wpis organizacyjny, opowiadający o tym, co to się tam nie będzie działo: sesje, recenzje, zdjęcia z wycieczek, przepisy, porady, trochę osobistych przemyśleń – i buk, i jesion, i olcha nie wiedzą co jeszcze.
Drugi post na fali entuzjazmu, trzeci w ferworze odkrywania nowych możliwości aparatu: pięćdziesiąt fot tego samego jabłka, zapowiedź kolejnego wpisu… i tyle.
Nic więcej od 2012 roku. Pustka, wiatr hula…

Początkowo sądziłam, że to po prostu pamiątki po ludziach, którzy spróbowali, ale szybko stwierdzili, że to jednak nie dla nich – że nie mają na to czasu, wolą się zająć czymś bardziej satysfakcjonującym lub konstruktywnym, albo że uświadomili sobie, że to całe blogowanie wcale nie jest tak lekkie, łatwe i przyjemne, jak mawiają (tj. napiszesz kilka postów, a reklamodawcy rzucą się na Ciebie, pieniądze zaczną płynąć wartkim strumieniem i dostaniesz zaproszenie na fashion weeka).
Że nie chcą tego robić – po prostu.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że niekoniecznie – że są ludzie, którzy „mieli” po pięć, dziesięć, piętnaście blogów, ale wszystkie je porzucili, próbując zrobić to od nowa: lepiej, porządniej, ciekawiej… i tak w kółko.

Nie wiem, czy to tak działa – tzn. wiem, że w przypadku tych osób, na które się natknęłam nie zadziałało, bo nadal byli na etapie reklamowania strony z pięcioma wpisami i dziewiczym szablonem – nie wiem, czy to w ogóle, kiedykolwiek, w jakimkolwiek, czyimkolwiek przypadku zadziałało.
Chyba o stokroć łatwiej coś poprawić widząc, gdzie pojawiał się problem (chyba, że problemem był brak celu, satysfakcji, uporu i tysięcy obserwatorów) niż robić w kółko to samo i wciąż na dobrą sprawę nie mieć nic na dowód, że się faktycznie próbowało.

Smutno mi się robi za każdym razem, kiedy widzę kolejny znikający blog.
Fakt, że ich przeglądanie to nie codzienny nawyk – raczej wpadam raz w tygodniu, przeglądam listę ostatnich postów, wybieram najciekawsze i czytam to, co ta osoba lub osoby napisały od czasu, kiedy ostatnio tam zaglądałam…
No i gwoli ścisłości – nie „widzę” znikających blogów.
Nie ma żadnych informacji, strona po prostu znika z subskrypcji, zajawki postów też… więc orientuję się dopiero w momencie, kiedy coś przypomina mi o tym, że przecież właziłam na bloga dziewczyny, która pisała o… jak ona się nazywała? Wyruszam na poszukiwania i widzę, że zostały po nich tylko okruszki w cache googla.

Nie żeby ich twórczość była jakaś wybitna, Ba! – nie była nawet dobra, ale i tak lubiłam to czytać ale to wszystko było do dopracowania, ich upór był na swój sposób uroczy.
Póki był…
Jest tyle blogów… czemu, och czemu nie kasują tych, których akurat nie czytałam?!

Jeśli chodzi o mnie, to jest dokładnie odwrotnie niż myślałam na początku.

Wydawało mi się, że w miarę pisania wszystko się wyklaruje i odkryję jakiś jasny kierunek – i poniekąd tak się stało.
Poniekąd: tj. wiem to, co było do przewidzenia już na samym wstępie:

  • techniczna strona blogowania mnie nie interesuje – chyba, że akurat się z nią zmagam,
  • recenzje nigdy nie były moją pasją – no i “niespodzianka”: nadal nie są,
  • do działu “dezinformacja” chętnie wrócę, ale “jeszcze nie teraz” (możliwe, że to stan permanentny),
  • moje interakcje z ludźmi wypadają marnie i nie mam ochoty tego zmieniać,
  • nadal nie lubię facebooka,
  • brakuje mi czasu.

Ale kierunku brak – jest chyba jeszcze bardziej mglisty niż był na początku.
Nie chcę do niczego dążyć, chcę pisać – nie w jakichś przypadkowych miejscach, o których za tydzień zapomnę. Chcę to mieć, chcę to widzieć, w razie czego móc to łatwo znaleźć.
Można dyskutować o ile prowadzenie bloga w ogóle – i takiego bloga w szczególe – ma sens, jeśli by patrzeć przez pryzmat sensownego spędzania czasu “wolnego”, ale nie będzie to długa rozmowa. Zdecydowanie to ma więcej sensu niż zabieranie głosu gdziekolwiek indziej – gdzie mi to wszystko zaginie, zostanie skasowane, ocenzurowane, albo wypchane reklamami.

W pewnym sensie głupio się czuję.

W lutym i przez większość marca pisało mi się całkiem dobrze – póki nie zauważyłam, że google ostentacyjnie ignoruje moje poczynania i nie indeksuje NICZEGO. Był moment, w którym chciałam odzyskać post, który w ferworze porządkowania wpisów usunęłam – miałam słabą nadzieję, że może uda mi się go znaleźć przynajmniej we fragmentach przez wyszukiwarkę (nie był tak długi jak moje aktualne elaboraty, dwa czy trzy niedługie akapity). Niestety, nic nie znalazłam, więc powiedzenie “w internecie nic nie ginie” wkurza mnie jeszcze odrobinę mocniej niż wcześniej.

Potem zaczęłam walczyć, żeby wyszukiwarki przestały mnie ignorować… i szło ku dobremu, ale przeniosłam bloga i trzeba było zaczynać od początku.
Zaczęłam więc od początku, ale końcem czerwca odpuściłam. Moje zabiegi i tak nie przynosiły jakichś spektakularnych efektów – ot, google indeksowało mnie nieco chętniej niż robiłoby to bez jakichkolwiek starań po mojej stronie: generalnie gra nie warta świeczki.
Może byłaby warta, gdybym chociaż zapamiętała to wszystko, czego się wtedy dowiedziałam i “nauczyłam”, ale podobnie jak z edytowaniem szablonu – zrozumiałam co, gdzie i jak powinnam zrobić, kiedy tego potrzebowałam, po czym natychmiast (prawie) wszystko zapomniałam.

Tyle zachodu po nic…
No, może nie po nic – przeniesienie się na domenę dało mi możliwość powiększania okienka, w którym piszę na całą szerokość przeglądarki i pod tym względem czuję się jak w raju: jest nawet minimalnie większe niż to w Wordzie po wyłączeniu wszystkich pasków i przełączeniu podglądu na “układ strony sieci web”.
Trochę lepiej rozumiem google. Chcąc nie chcąc nauczyłam się na pamięć kilku kodów.

Komciowanie cudzych blogów na grupach okazało się całkowicie bezsensowne.

Kilkanaście blogów, które tam znalazłam już przestało istnieć. Kilka kolejnych wywaliłam z subów za obleśne przesłania… i mimo wielu godzin spędzonych na przeglądaniu różnych inkowanych stron skończyłam z… ~ pięcioma blogami o włosach, ~ pięcioma o gotowaniu, ~ pięcioma o kosmetykach, ~ pięcioma o podróżach…
Aktualnie nadal uważam je za fajne i zaglądam, ale to nie jest coś, na co reagowałabym myślą “ojej, ojej, ciekawe, co tam dziś napisała…“. Pamiętników jak nie było, tak nie ma i chyba już nie będzie. No cóż.

Może nie powinnam na to narzekać, skoro sama go nie prowadzę…
Ale próbowałam! Próbowałam… i zawisłam nad pustym ekranem, bo tego dnia nie miałam do powiedzenia nic poza tym, że boli mnie noga. Mogłam opisać, co doprowadziło do tego, że boli mnie noga, ale trzymając się konwencji podryfowałabym w kierunku jakiegoś dziwnego, paramedycznego-świat-mnie-bije-och-ja-nieszczęsna bełkotu, który nie sprawiałby mi przyjemności. A w połowie i tak zapragnęłabym trzasnąć jakieś długaśne wynurzenie na dowolny temat… ostatecznie wracając do punktu, w którym jestem teraz – tylko ze znacznie gorszymi tytułami i jeszcze mniej adekwatną treścią.

Może i o tym, że blogerzy źle znoszą krytykę i widzą hejt wszędzie, tylko nie tam, gdzie się faktycznie sączy też nie powinnam pisać – ostatecznie z żadną krytyką się nie spotkałam. Skąd miałaby się brać, skoro prawie nikt tu nie zagląda, a sama niemal dokładam starań, by ten stan się utrzymał?

Nie wiem… miesiąc temu przyplątał się do mnie pierwszy spontaniczny gość – co prawda pani zostawiła komentarz, którego treść pozwala domniemywać, że nie przeczytała posta, ale nic to – detale, detale. Kluczową kwestią jest to, że sama przyszła i nie wiadomo skąd, a że się odezwała, to wiadomo, że nie była botem…
Ach… z jednej strony: cóż za ekscytacja, z drugiej… – pół roku wcześniej podskoczyłabym z radości w ekstatycznym “oł łał!“, teraz to było tylko “o…“.

A jeśli chodzi o pisanie, to nie mam żadnej konkretnej koncepcji…

Chyba tak, jak do tej pory – będę kończyć już rozgrzebane pomysły, dokładać nowe, wplatać w to jakieś paplanie o skarpetkach, zmieniać szablon co miesiąc, olewać fanpejdż… sprawdzać jak wiele jestem w stanie nastukać zanim wpadnę na to, by z ciekawości sprawdzić licznik słów (niewidoczny w opcji pełnoekranowej) i w panice dzielić to na mniejsze porcje, już nie tak spójne, bo pisane z myślą o tym, że będą jednością…

Popularna i czytana nie byłam, nie jestem i nie będę, ale może tak jest lepiej – nie muszę się pięćset razy zastanawiać, jak głupio będzie wyglądać przeskakiwanie z jednej tematyki w drugą (tylko max 20-30), pięć dni milczenia i dwa posty jednego dnia (tak jakby te pierdoły miały jakiekolwiek znaczenie).

Ach… strony miałam dokończyć, opublikować i zalinkować w nagłówkowym menu – no to tyle z wyzwań na najbliższe pół roku.

P.S. W którymś momencie przypomniałam sobie o blogerze, który tak strasznie piszczał po tym, jak chamsko i ordynarnie napisałam mu w komciu, co mi się nie podoba na jego blogu – po tym, jak sam prosił o krytykę. Trzasnął wpis o hejcie, ale poprawił… ciekawe, czy mnie pamięta.

☙✿❀❁❧

Kliknij na serduszka, jeśli chcesz ocenić post.

Średnia ocen: 4 / 5. Wyniki: 1

Wiatr hula... Nikt jeszcze nie ocenił tego posta. Link do FB jest na dole - to malutkie "f" na środku stopki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.